Płacz i trudne emocje dzieci? Dlaczego nie warto ich tłumić?

Płacz i trudne emocje dzieci? Dlaczego nie warto ich tłumić?

Płacz i trudne emocje dzieci nie są problemem do wyeliminowania, lecz sygnałem, że dzieje się coś ważnego w ich wewnętrznym świecie. Gdy je tłumimy, dziecko uczy się odcinać od swoich uczuć zamiast je rozumieć i z nimi sobie radzić. Pozwolenie na wyrażanie emocji to inwestycja w jego odporność psychiczną i relację z dorosłymi.

Dlaczego dzieci płaczą i przeżywają trudne emocje częściej niż dorośli?

Dzieci płaczą i przeżywają trudne emocje częściej niż dorośli, bo ich układ nerwowy dopiero się rozwija, a „narzędzia” do radzenia sobie z napięciem są jeszcze bardzo proste. Małe dziecko nie ma za sobą kilkunastu lat ćwiczenia samokontroli, rozumienia siebie i szukania rozwiązań. Ma za to bardzo wrażliwe ciało, intensywnie działające zmysły i emocje, które pojawiają się szybko i z dużą siłą. Dla trzylatka rozlany sok może być naprawdę tak obciążający, jak dla dorosłego nagła utrata pracy, bo jego mózg nie odróżnia jeszcze tak dobrze „spraw ważnych” od „drobiazgów”.

W pierwszych latach życia (mniej więcej do 6–7 roku) część mózgu odpowiedzialna za silne emocje działa znacznie sprawniej niż ta, która pomaga je hamować i porządkować. Stąd płacz, krzyk, gwałtowne reakcje, które mogą pojawiać się nawet po kilka razy dziennie. Dziecko często nie ma też słów, żeby powiedzieć, co je boli, nudzi, frustruje albo przeraża, więc jego „językiem” staje się ciało: łzy, napinanie się, rzucanie przedmiotami. Jeśli dołożyć do tego zmęczenie, głód czy nadmiar bodźców (na przykład po 2–3 godzinach w przedszkolu), system po prostu się przegrzewa i emocje szukają ujścia.

U dorosłych płacz bywa hamowany przez normy społeczne, doświadczenie i wypracowane strategie radzenia sobie. Dzieci takich filtrów jeszcze nie mają, więc pokazują to, co czują, bez większej cenzury. Płacz i burzliwe emocje pełnią u nich kilka funkcji naraz: są sygnałem „potrzebuję pomocy”, sposobem na rozładowanie napięcia i próbą poradzenia sobie z sytuacją, która je przerasta. Z tej perspektywy częste wybuchy złości, smutku czy lęku nie świadczą o „rozpieszczaniu”, ale o intensywnym rozwoju i o tym, że dziecko wciąż uczy się świata i siebie krok po kroku.

Co tak naprawdę dzieje się w mózgu i ciele dziecka, gdy ono płacze?

Kiedy dziecko płacze, nie dzieje się „nic przesadnego” – w jego mózgu i ciele uruchamia się bardzo konkretny, biologiczny system alarmowy. To trochę tak, jakby w małym organizmie włączał się czerwony przycisk „potrzebuję pomocy” albo „jest mi za ciężko”. Ten alarm da się zmierzyć: zmienia się oddech, napięcie mięśni, poziom hormonów stresu i sposób pracy mózgu. Płacz nie jest więc kaprysem, ale realną reakcją układu nerwowego, który jeszcze dopiero uczy się radzić sobie z napięciem.

W pierwszych latach życia kora przedczołowa (część mózgu odpowiedzialna między innymi za hamowanie impulsów i „logiczne” myślenie) dopiero dojrzewa, a intensywnie działają struktury odpowiedzialne za emocje, jak ciało migdałowate. Dlatego dziecko szybciej się „odpala”, a wolniej uspokaja. Gdy zaczyna płakać, w ciągu kilku sekund wzrasta poziom kortyzolu (hormonu stresu), serce bije szybciej o kilka–kilkanaście uderzeń na minutę, ciało napina mięśnie, a oddech staje się płytszy. Organizm przygotowuje się do walki, ucieczki albo szukania opieki. Sam płacz działa jak zawór bezpieczeństwa: przez łzy, szloch i drżenie ciała napięcie może stopniowo opaść, zwłaszcza jeśli obok jest spokojny, reagujący dorosły.

Co się dziejePo co organizm to robiCo pomaga dziecku wrócić do równowagi
Przyspieszone bicie serca i oddechPrzygotowanie do reakcji na zagrożenie, nawet jeśli jest to „tylko” frustracjaSpokojna obecność dorosłego, powolne oddychanie, przytulenie
Wzrost poziomu kortyzolu i adrenalinyMobilizacja energii organizmu, większa czujnośćKontakt fizyczny skóra do skóry, łagodny ton głosu, ograniczenie bodźców
Aktywacja ciała migdałowatego (centrum emocji)Szybkie wychwytywanie tego, co jest trudne, bolesne lub przerażającePomoc w nazwaniu emocji, proste komunikaty typu „widzę, że jest ci trudno”
Słabsza aktywność kory przedczołowejMniejsza możliwość „opanowania się”, przewidywania skutkówNieoczekiwanie od dziecka „logicznej” reakcji, danie czasu na uspokojenie
Łzy, szloch, drżenie ciałaRozładowanie napięcia, sygnał dla opiekuna: „jestem w stresie”Akceptacja płaczu, bycie obok, a nie uciszanie czy wyśmiewanie

Ten zestaw reakcji może wyglądać dramatycznie, szczególnie gdy dziecko krzyczy „najmocniej na świecie”, ale w gruncie rzeczy pokazuje, że jego system alarmowy działa. To, czego najbardziej potrzebuje w takich momentach, to spokojny, przewidywalny dorosły, który „pożyczy” mu swój dojrzały układ nerwowy. Z czasem, dzięki takim doświadczeniom, mózg dziecka uczy się, że silne emocje są do udźwignięcia, a płacz staje się jednym z naturalnych sposobów, w jaki organizm wraca do równowagi.

Jakie sygnały wysyła dziecko, kiedy „trudnymi” emocjami woła o pomoc?

Gdy dziecko „zalewa” otoczenie płaczem, krzykiem albo nagłym wybuchem złości, najczęściej wcale nie próbuje manipulować dorosłym, tylko wysyła sygnał: „jest mi za trudno, sam sobie z tym nie radzę”. Im młodsze dziecko, tym mniej ma słów i narzędzi, żeby o tym powiedzieć wprost, dlatego jego ciało i zachowanie stają się głośnym megafonem. U niemowlęcia będzie to często jednostajny płacz trwający kilkanaście minut, u trzylatka rzucanie się na podłogę, a u siedmiolatka pozornie „bezsensowna” kłótnia o kolor talerza.

Takie wołanie o pomoc można rozpoznać w konkretnych zachowaniach. Z zewnątrz wyglądają jak „histeria” albo „foch”, w środku dziecko przeżywa jednak silne pobudzenie układu nerwowego: serce bije szybciej, oddech się spłyca, a mózg skupia się głównie na przetrwaniu, nie na logicznym myśleniu. Część z tych sygnałów jest bardzo głośna, inne bywają subtelne i łatwo je przeoczyć, zwłaszcza po długim dniu, kiedy dorośli też są zmęczeni. Dlatego pomaga mieć w głowie kilka typowych „czerwonych lampek”, które podpowiadają, że za trudną emocją stoi potrzeba bliskości lub wsparcia:

  • nagłe, intensywne wybuchy płaczu lub złości „o drobiazgi”, które powtarzają się nawet kilka razy dziennie i gasną dopiero, kiedy dorosły jest blisko i reaguje spokojnie
  • zmiana w zachowaniu dziecka: z reguły pogodny maluch staje się drażliwy, częściej się obraża, łatwo się frustruje, ma trudność z koncentracją nawet przez 5–10 minut
  • silne reakcje ciała, na przykład napinanie mięśni, zaciskanie pięści, zasłanianie uszu, chowanie się pod koc lub do innego pokoju, a także bóle brzucha czy głowy bez jasnej przyczyny medycznej
  • szukanie kontaktu w „trudny” sposób: przerywanie rozmów dorosłych, prowokowanie rodzeństwa, głośne zachowanie przed snem, kiedy w ciągu dnia było mało uważnego kontaktu jeden na jeden
  • zamknięcie się w sobie, brak łez i „nic mi nie jest” wypowiadane przy wyraźnie napiętej twarzy, unikaniu wzroku lub mocno spiętej postawie ciała

Każdy z tych sygnałów może oznaczać, że dziecko nie radzi sobie z napięciem, a trudne emocje są jego sposobem na przyciągnięcie bezpiecznego dorosłego. Takie zachowania nie świadczą o „rozpieszczaniu”, tylko o tym, że układ nerwowy dziecka jest przeciążony i potrzebuje czyjejś regulacji, zanim nauczy się samoregulacji. Uważne zauważenie tych znaków często już samo w sobie obniża napięcie, bo dziecko przestaje czuć się w swoich emocjach zupełnie samo.

Dlaczego tłumienie płaczu i emocji szkodzi dziecku tu i teraz oraz w dorosłym życiu?

Tłumienie płaczu i emocji sprawia, że dziecko uczy się nie tego, jak sobie z nimi radzić, ale że w ogóle nie powinno ich mieć. Tu i teraz często widać to bardzo szybko: po kilku „nie płacz”, „nic się nie stało” maluch zaczyna zamykać się w sobie albo wybucha jeszcze mocniej przy kolejnej drobnej frustracji. Organizm, który regularnie nie może „rozładować” napięcia, pozostaje w trybie alarmu. U części dzieci pojawia się wtedy ból brzucha, bóle głowy czy problemy z zasypianiem, choć badania nie pokazują żadnej choroby. Emocje nie znikają, tylko znajdują inne wyjście.

Przy tłumieniu emocji dziecko stopniowo traci kontakt ze swoim wewnętrznym kompasem. Jeśli przez kilka lat słyszy, że „nie ma się czego bać” albo że „duże chłopcy nie płaczą”, zaczyna wątpić w swoje odczucia. To wpływa na poczucie własnej wartości i zaufanie do siebie, które kształtuje się szczególnie intensywnie między 3. a 10. rokiem życia. W efekcie dziecko uczy się dopasowania kosztem autentyczności: ważniejsze staje się to, żeby nie zawieść dorosłych, niż to, co naprawdę czuje. Z czasem może mieć trudność z powiedzeniem „nie”, z proszeniem o pomoc czy z rozpoznaniem, kiedy ktoś przekracza jego granice.

W dorosłym życiu taki wzorzec często wraca w relacjach i w zdrowiu psychicznym. Osoby, które były regularnie uciszane, jako dorośli częściej opisują, że „nie umieją płakać” albo „trzymają wszystko w sobie”, a jednocześnie doświadczają nagłych wybuchów złości lub stanów lękowych. Badania nad tzw. tłumieniem emocji (czyli świadomym powstrzymywaniem ich okazywania) pokazują większe ryzyko przewlekłego stresu i wypalenia, na przykład w pracy. Gdy dziecko dziś dostaje przestrzeń na płacz i złość, uczy się, że emocje są sygnałem, który można odczytać i z którym można coś zrobić. To jeden z najbardziej trwałych „prezentów”, które będzie nosić w sobie również za 10, 20 czy 30 lat.

Jak wspierać dziecko w złości, smutku i lęku, nie uciszając jego emocji?

Najbardziej pomaga dziecku nie szybkie „uspokój się”, ale poczucie, że w złości, smutku czy lęku nie jest samo. Gdy emocje sięgają zenitu, dziecko potrzebuje czyjejś spokojniejszej głowy obok, a nie natychmiastowego rozwiązania. Już samo to, że dorosły zostaje przy nim przez kilka minut, nie ocenia i nie próbuje od razu naprawiać sytuacji, działa jak bezpieczny „kontener” na to, co dla dziecka jest za duże. To często te pierwsze 5–10 minut decyduje, czy emocja przejdzie w ukojenie, czy w jeszcze większą rozpacz.

W praktyce wspieranie bez uciszania polega na tym, żeby rozdzielić emocję od zachowania. Złość dziecka może być przyjęta i nazwana, ale uderzanie, plucie czy niszczenie przedmiotów już nie. Dobrze pomaga wtedy prosty schemat: „Twoja złość jest ok, to co robisz rękami – nie. Poszukajmy innego sposobu.” W ten sposób dziecko dostaje dwa komunikaty naraz: „nie tracę relacji z dorosłym, kiedy czuję mocno” oraz „są granice, które dają mi bezpieczeństwo”. Dla wielu dzieci ważne jest także wsparcie ciała, na przykład dociśnięcie poduszki, owinięcie się kocem czy kilka głębszych wydechów, zamiast powtarzanego w kółko „uspokój się”.

Pomocne są też konkretne, prostsze niż się wydaje, działania, które można wprowadzać już z trzylatkiem, a potem modyfikować dla starszego dziecka.

  • W złości: proponowanie „bezpiecznych” sposobów rozładowania napięcia, na przykład zgniatanie kartki przez 1–2 minuty, tupanie nogami w miejscu albo uderzanie w poduszkę zamiast w ludzi.
  • W smutku: oferowanie bliskości bez nacisku na rozmowę, na przykład wspólne siedzenie, przytulenie przez kilkadziesiąt sekund czy spokojne głaskanie po plecach z krótkim komentarzem: „Widzę, że jest ci bardzo smutno”.
  • W lęku: małe kroki zamiast „nie ma się czego bać”, na przykład wspólne sprawdzenie pokoju przed snem, świecenie latarką przez 2–3 minuty czy ustalenie hasła, którego dziecko użyje, gdy będzie potrzebowało rodzica w nocy.
  • W każdym stanie: nazywanie tego, co się dzieje, prostymi zdaniami, bez oceny: „Twoje ciało jest teraz bardzo napięte”, „Twoje oczy są całe w łzach”, „Twoje serce chyba bije szybciej”.

Takie drobne, powtarzane na co dzień gesty pokazują dziecku, że nie musi wybierać między „byciem grzecznym” a przeżywaniem tego, co czuje. Z czasem mózg dziecka uczy się, że emocje można odczuwać w pełni, a jednocześnie mieć wokół siebie jasne, przewidywalne ramy, które dają poczucie bezpieczeństwa i wpływu.

Jak rozmawiać z dzieckiem o emocjach, żeby uczyło się je rozumieć i regulować?

Rozmowa o emocjach staje się dla dziecka czymś w rodzaju „instrukcji obsługi” samego siebie. Kiedy dorosły pomaga nazwać to, co dziecko czuje, mózg stopniowo uczy się łączyć sygnały z ciała (np. szybkie bicie serca, napięte mięśnie) ze słowami i sposobami radzenia sobie. Już około 3.–4. roku życia dzieci zaczynają nazywać podstawowe emocje, jeśli słyszą je regularnie w domu, a po kilku latach potrafią coraz częściej zatrzymać się na chwilę przed wybuchem, zamiast od razu krzyczeć czy rzucać zabawką. Ten proces nie dzieje się w tydzień, ale konsekwentne rozmowy po nawet 5–10 minut dziennie mogą w dłuższej perspektywie zmienić sposób reagowania dziecka.

W codziennych sytuacjach pomaga mówienie prostym językiem o tym, co się dzieje tu i teraz. Zamiast pytania „Dlaczego znowu płaczesz?”, bardziej wspierające bywa: „Widzę łzy. Zastanawiam się, czy to bardziej złość, czy smutek?”. Dziecko dostaje wtedy sygnał, że jego przeżycie jest ważne, a emocji nie trzeba się wstydzić. Rodzic może też krótko opowiedzieć, co dzieje się w ciele: „Kiedy jesteś zdenerwowany, twoje serce bije szybciej, dlatego trudno się uspokoić od razu. Można spróbować pomóc ciału”. Takie proste wyjaśnienia, powtarzane nawet kilka razy w tygodniu, uczą, że emocje mają swoją przyczynę i że da się na nie wpływać.

  • Pomaga nazywanie emocji w pierwszej osobie: „Chyba czujesz rozczarowanie, bo bardzo czekałeś na plac zabaw i dziś się nie udało”, zamiast oceny typu „Nie przesadzaj”.
  • Dobrym wsparciem bywa wspólne szukanie strategii: „Kiedy tak się złościsz, można mocno ścisnąć poduszkę albo pooddychać razem 5 razy, a potem pogadamy, co dalej”.
  • Rozmowy po emocjach, np. po 20–30 minutach, kiedy napięcie spadnie, pozwalają dziecku spojrzeć z boku: „Pamiętasz, jak dziś krzyczałeś? Zobaczmy, co pomogło ci się zatrzymać”.
  • Pomocne bywa odnoszenie się do wcześniejszych sukcesów dziecka: „Wczoraj udało ci się powiedzieć ‘jestem zły’, zanim zacząłeś rzucać. To był dobry sposób na zatrzymanie wybuchu”.
  • Warto stopniowo wprowadzać skalę emocji, nawet z 3 poziomami: mała, średnia, duża złość. Dziecko uczy się wtedy oceniać natężenie, a nie tylko sam fakt, że „coś czuje”.

Takie rozmowy nie mają „naprawiać” dziecka, tylko pokazywać mu, że emocje można obserwować, nazywać i regulować krok po kroku. Im częściej dorosły spokojnie towarzyszy w trudnych chwilach, tym łatwiej dziecku z czasem zrobić to samo wobec siebie i innych ludzi.

Jak rodzic może zadbać o swoje emocje, żeby lepiej towarzyszyć płaczącemu dziecku?

Żeby dobrze unieść łzy dziecka, najpierw potrzebna jest choć odrobina troski o własne emocje. Zasada jest prosta: im bardziej przeciążony jest układ nerwowy rodzica, tym trudniej o cierpliwość, czułość i spokój przy płaczu dziecka. To nie kwestia „złej woli”, ale biologii. Jeśli dorosły od rana działa na wysokich obrotach, śpi po 5 godzin na dobę i nie ma ani 10 minut dziennie na oddech, organizm zaczyna reagować jak na ciągły alarm. W takim stanie płacz dziecka łatwo uruchamia impuls „walcz albo uciekaj”, czyli krzyk, ostre słowa albo emocjonalne wycofanie.

Zadbana emocjonalnie osoba ma większą szansę zatrzymać się w takiej sytuacji choć na 30 sekund i sprawdzić, co dzieje się w środku. Pomaga chociażby krótkie nazwane własnego stanu: „czuję napięcie”, „jestem wściekła”, „jest mi za dużo”. Taki prosty krok działa jak wciśnięcie pauzy w mózgu. Kiedy pojawia się świadomość, łatwiej skorzystać z prostych technik regulacji, na przykład 5 spokojnych wydechów przez usta, zimna woda na dłoniach czy krótka zmiana perspektywy: „to nie jest atak na mnie, to sygnał, że dziecko sobie nie radzi”. Dla wielu rodziców realnym wsparciem bywa też regularne „wietrzenie” emocji z kimś dorosłym – partnerem, przyjaciółką czy specjalistą – choćby raz w tygodniu przez 20–30 minut, bez ocen i rad.

Dbanie o swoje emocje w praktyce nie oznacza idealnego spokoju, ale tworzenie małych „poduszek bezpieczeństwa” w ciągu dnia. To może być 15-minutowy spacer po pracy bez telefonu, ciepły prysznic po położeniu dziecka spać zamiast scrollowania, czy ustalenie, że dwa razy w tygodniu inny dorosły przejmuje wieczorne usypianie. Takie drobne, powtarzające się kroki obniżają ogólny poziom napięcia i sprawiają, że kiedy dziecko zaczyna płakać o 21:30, rodzic nie reaguje od razu na granicy wybuchu. Pojawia się trochę więcej cierpliwości, a razem z nią szansa, by stać się dla dziecka spokojną przystanią, a nie kolejnym źródłem chaosu.

Avatar photo

Interesuję się szeroko rozumianym zdrowym stylem życia. Na blogu dzielę się nie tylko wiedzą czysto teoretyczną, ale przede wszystkim praktyką.